RECENZJE

    PURE

    Na "Pure" Gary Numan ostatecznie udowodnił, kto tu rządzi. Nie jest już zdołowanym heretykiem z dwóch poprzednich albumów - tutaj jawi się jako mesjasz ciemności we własnej osobie, co widać zresztą już na świetnej okładce (wreszcie skończył ze swoimi kiczowatymi zdjęciami). Numan przez większość życia tworzył muzykę lekką, łatwą i przyjemną - teraz postanowił sobie odbić za wszystkie czasy. Ładunek mroku i zdołowania niesiony przez ten album z początku powala. Dopiero po kilku przesłuchaniach można zauważyć, że to jednak mimo wszystko bardzo ładne piosenki. Tak jak pierwszy w kolejce kawałek tytułowy - rozpoczynający się od smutnego fortepianowego motywu, przechodzącego płynnie w bombardujący, mocny riff. "Hej dziwko, oto czym jesteś - oczyszczona, uświęcona, poświęcona" - refren to prawdziwy, rockowy pazur. Podobnie singlowy, w większości wyszeptany, "RIP" czy pełen żalu i energii "My Jesus". Nie tylko ostre gitary decydują o mocnym brzmieniu płyty - również wokal Gary'ego jest agresywny, przepełniony gniewem. Tak, artysta znów atakuje chrześcijan ślepo wierzących w swoje dogmaty, a także samego Boga, który tyle razy go zawiódł. Mówi o tym chociażby jeden z najbardziej poruszających kawałków na płycie - "A Prayer For The Unborn" - w którym Numan ma żal do Boga, że pozwolił umrzeć jego nienarodzonej córce: "Więc błagałem... / Lecz byłeś daleko stąd / Może ocalałeś dusze? (...) Jeśli jesteś mym pasterzem / To ja się zgubiłem i nikt mnie nie odnajdzie". Poświęcona jej jest również najcudowniejsza ballada w całej twórczości Numana - "Little InVitro": "Nie mogę uwierzyć / Że cię nie ma i jesteśmy całkiem sami / Nie mogę uwierzyć / Że nigdy nie ujrzymy twej twarzy (...) jak u licha / możemy się znów uśmiechać?". Słuchając tego utworu, trudno powstrzymać łzy. Z ballad mamy też przepiękny "One Perfect Lie", już o nieco mniejszym ładunku emocjonalnym, jednak dalej z pięknymi klawiszami. Warto też wspomnieć, że Numan nagrał na "Pure" pierwszy instrumental od dwudziestu lat - "Fallen". Industrialne cudo. "Pure" to najgenialniejszy krążek w całej karierze Numana. Nie ma tu żadnych słabych momentów, płyta przepełniona jest emocjami i poruszającymi kompozycjami. Wstyd nie znać. (5/5)

    Autor: Cthulhu the Hutt
    Źródło: www.cth.boo.pl

 

    Twórca elektronicznego punku powraca płytą, która nie zawiedzie fanów Nine Inch Nails i Marylin Mansona. Gary Numan tworzył w końcu lat siedemdziesiątych muzykę, która była syntezatorowym odpowiednikiem punku – prostą, mroczną, agresywną. Odniósł wtedy wielki sukces, ale po kilku latach hossy jego kariera się załamała. I gdy wydawało się, że nie ma już szans na powrót na szczyt, nagle okazało się, że jego twórczość stała się jednym z ważnych źródeł inspiracji dla takich muzyków, jak Trent Reznor czy Marylin Manson. Dzięki temu wrócił do łask słuchaczy. I właśnie przypomina się nową płytą, bez wątpienia najlepszą w całym dorobku. Wypełnia ją muzyka zakorzeniona w przeszłości, we wczesnych dokonaniach Numana, jeszcze z zespołem Tubeway Army, ale i wybiegająca w przyszłość, pełna brzmień futurystycznych, niepokojących, agresywnych (Pure, My Jesus, I Can’t Breathe). Numan nigdy tak dobrze nie śpiewał jak tu. Chwilami trochę może za bardzo przypomina Mansona, ale pewnie o to właśnie chodziło. (4/5)

    Autor: Wiesław Weiss
    Źródło: www.terazrock.pl

 

    Prekursor nowej muzyki zapatrzony w młodszych twórców. Już od paru lat w muzyce Numana nie dało się odczuć prawie nic z dawnej atmosfery electro-popu. Nestor muzyki elektronicznej uwielbia nade wszystko brzmienie grupy zaprzyjaźnionego z nim Trenta Reznora. Nie znaczy to, że Pure będzie odkryciem dla wielbicieli Nine Inch Nails. Industrialne brudy w wersji pop dawno już przestały być odkryciem. Poza tym, nie ma się tu już do czego przyczepić - jak zwykle obronną ręką wychodzi Numan jako kompozytor chwytliwych melodii, a poza tym coraz lepiej śpiewa, co należy uznać za spóźniony postęp po latach. (3/5)

    Autor: Bartek Chaciński
    Źródło: Machina (styczeń 2001)