WYWIADY

    LISTOPAD 2000, WYWIAD PRZEPROWADZONY PRZEZ WIESŁAWA WEISSA DLA MIESIĘCZNIKA "TYLKO ROCK"

    Gary Numan, twórca elektronicznego punku, ulubieniec takich artystów, jak Trent Reznor czy Marilyn Manson, nagrał niedawno najlepszą płytę w dorobku – Pure. Tym razem jednak poprosiliśmy go o rozmowę nie na temat muzyki, a fascynacji, o której mówi rzadko. Latania.

    Kiedy zainteresowałeś się lataniem?

    Gdy byłem małym chłopcem – miałem jakieś cztery, może pięć lat. Od dziecka byłem zafascynowany maszynami – samolotami, samochodami, statkami, ale zwłaszcza samolotami. Widziałem w nich uosobienie siły. I szybkości. A także tajemnicy. To przecież niezwykle skomplikowane mechanizmy, które trzeba dobrze poznać, by móc powiedzieć, że ma się nad nimi władzę. Były dla mnie jak dzikie zwierzęta, z którymi również trzeba nauczyć się obcować, by stały się uległe i posłuszne. Tak więc moja fascynacja machinami sięga lat dzieciństwa. Urzekały mnie ich piękne kształty, fascynował hałas, jaki wydawały. Parady starych samolotów były dla mnie czymś niezwykle ekscytującym. I jako dorosły człowiek wykorzystałem pierwszą sposobność, by nauczyć się latać. 

    Nie zawiodłeś się?

    Okazało się, że to o wiele większe wyzwanie, o wiele większa tajemnica i o wiele większa frajda niż sobie wyobrażałem. Zakochałem się w lataniu. A dreszcz niebezpieczeństwa czynił je jeszcze bardziej pociągającym. W 1980 roku sukcesy, jakie odnosiłem jako muzyk, umożliwiły mi kupno własnego samolotu. I gdy później moja kariera się załamała, zająłem się głównie lataniem. Dołączyłem do zespołu wyśmienitych pilotów wojskowych Harvard Formation Team i wykonywałem skomplikowane akrobacje na samolocie bojowym Harvard podczas pokazów lotniczych odtwarzających słynne bitwy powietrzne z okresu drugiej wojny światowej. To był zupełnie inny świat niż świat muzyki. I czułem się w nim doskonale. Miałem poczucie, że bardzo wiele osiągnąłem jako pilot. I był to powód do dumy i satysfakcji. Odzyskałem poczucie własnej wartości, które biznes muzyczny mi odebrał. I od pewnego momentu zajmowałem się głównie lataniem. Już nie tylko sam brałem udział w pokazach, ale też zacząłem szkolić i egzaminować młodych pilotów pragnących nauczyć się akrobacji powietrznych. Byłem w tym naprawdę dobry. 

    W 1981 roku odbyłeś podróż dookoła świata słowem pierwszym samolotem, Cessną 182. Wiele czytałem o tej wyprawie i wiem, że mogłaby posłużyć za kanwę fascynującego filmu. Które ze zdarzeń z tego okresu najgłębiej zapadło ci w pamięć?

    Najbardziej przerażające (śmiech). Leciałem nocą nad Pacyfikiem. I nagle obydwa silniki odmówiły posłuszeństwa. Nie miałem pojęcia, co się stało. I nie ulegało dla mnie wątpliwości, że za chwilę się rozbiję. Leciałem wtedy ponad chmurami i miałem nad sobą niebo pełne gwiazd. Mimo mroku to całkiem miły widok. Ale gdy silniki przestały działać, samolot zaczął spadać. I gdy znalazł się pod chmurami, zrobiło się przeraźliwie ciemno. Tak ciemno, jak tylko można sobie wyobrazić. W dole żadnych miast i ulic, żadnego światła, żadnego znaku życia. A do brzegu tysiąc pięćset mil. Tysiąc pięćset mil! I ten nieprzenikniony mrok. I myśl, że za chwilę ocean pochłonie cię wraz z samolotem. 

    Nie było żadnej szansy na ratunek?

    Gdyby tafla wody była widoczna, można by próbować awaryjnego lądowania. Ale nie było widać nic! Zupełnie nic! Co więcej, gdybym przeżył katastrofę, nie wydostałbym się z samolotu, ponieważ między moim siedzeniem a wyjściem awaryjnym upchnąłem trzysta galonów paliwa w dużych kanistrach. Na lotnisku przeciśnięcie się między nimi i wydostanie z maszyny zajmowało mi całe pięć minut. W samolocie zalanym wodą nie przedostałbym się do drzwi. A nawet gdybym się przedostał, zapewne pożarłyby mnie rekiny. Dodam do tego wszystkiego, że nikt nie wiedział, gdzie się znajduję, bo nie zdążyłem nadać meldunku o swojej pozycji i o zagrożeniu... To było najbardziej przerażające doświadczenie w całym moim życiu. Zwłaszcza, że zawsze bałem się morskiej głębi. Morze lubię tylko na pocztówkach. To było tak, jakby nawiedziły cię wszystkie koszmary, jakie możesz sobie wyobrazić. Wszystkie naraz... 

    Jak z tego wyszedłeś?

    Jak się okazało, zamarzł wlot paliwa. I gdy samolot zaczął spadać, ciepłe powietrze roztopiło lód. Paliwo znowu popłynęło. I jakieś tysiąc stóp nad powierzchnią wody – do katastrofy brakowało czterdziestu pięciu, może sześćdziesięciu sekund – udało mi się poderwać maszynę do góry. Ale naprawdę byłem już przekonany, że czeka mnie śmierć. To było coś przerażającego!

    Tekst w całości ukazał się w numerze "TR" z listopada 2000 (111).