WYWIADY

    STYCZEŃ 2001, WYWIAD PRZEPROWADZONY PRZEZ BARTKA CHACIŃSKIEGO DLA MIESIĘCZNIKA "MACHINA"

    Gary Anthony James Webb, 42 lata, legenda elektronicznej muzyki pop, chociaż zaczynał pod koniec lat 70. jako muzyk punkowy. Najsłynniejszy album to The Pleasure Principle (zawiera piosenki Metal i Cars). Mimo że jego kariera bardzo podupadła od drugiej połowy lat 80., a on sam przestał tworzyć techno-pop, coraz częściej mówiono o nim w superlatywach w kontekście rozwijającego się rynku elektroniki. W październiku wydał nowy album Pure.

    Od ponad dwudziestu lat nagrywasz i występujesz otoczony głównie sprzętem elektronicznym. Czy nie bywa on zawodny?

    I to jak! To prawdziwy koszmar. Wszystko, co robię, nie tylko muzyka, ale także na przykład moja strona internetowa, pismo dla fanów albo projekty koszulek, które sam przygotowuję, wymaga korzystania z komputerów. Oczywiście, zdarza im się zawieszać. Średnio jedną czwartą czasu zajmuje mi rozwiązywanie komputerowych problemów... Jeśli coś wpędzi mnie do grobu, to właśnie to.

    Twój najpoważniejszy problem ze sprzętem?

    To było kilka lat temu. W czasie wielkiej burzy zostawiłem cały sprzęt podłączony do prądu. Nagle piorun uderzył tuż obok mojego domu, wyładowanie zniszczyło większość urządzeń, a w kącie studia wybuchł mały pożar. Wtedy jeszcze używałem taśm do zapisu nagrań, a nie twardego dysku, tak jak teraz, więc większość z zarejestrowanych już utworów poszła z dymem. Odtwarzałem je prawie rok.

    Nazywany jesteś pionierem muzyki elektronicznej, twoje nazwisko wymienia się jednym tchem z Kraftwerk.

    Jeszcze kilka lat temu w ogóle coś takiego nie przychodziło mi do głowy. Sytuacja zmieniła się, gdy coraz więcej znanych muzyków - choćby Trent Reznor i Marilyn Manson - zaczęło się głośno przyznawać do tego, że inspirują ich moje stare nagrania. To powód do dumy, ale wcześniej nie interesowałem się tym - ważniejsze dla mnie było to, żeby coś zrobić z załamaniem, jakie przeżywa moja kariera od połowy lat 80. Sprzedaż płyt była fatalna, recenzje też. Wpadłem na kilka lat w depresję, przestałem zupełnie słuchać radia i zwracać uwagę na to, co mówili ludzie. Wszystko zaczęło się zmieniać od czasu moje małżeństwa w 1992 roku. Żona zachęciła mnie, żebym wyszedł do ludzi, zaczął chodzić na koncerty, słuchać nowości. Uświadomiłem sobie, że wielu ludzi ma o mnie dobrą opinię. Moja kariera nabrała rozpędu.

    Wielką popularność zdobył niedawno utwór Koochy Armanda Van Heldena, w którym motywem przewodnim jest fragment twojego nagrania Cars. Nie było ciężko wyrazić zgodę na to, by ktoś czerpał sławę z wykonywania twojej kompozycji?

    Rzeczywiście było to trudne. Prawa do tej piosenki ma wytwórnia Beggars Banquet i to ona decydowała. Ale skontaktowali się ze mną i powiedziałem, że nie mam nic przeciwko temu. W rezultacie przekazują mi 85% honorariów autorskich za to nagranie, bo to w dużej części cover. W dodatku przez kilka pierwszych tygodni, kiedy nagranie szalało na listach przebojów, bez przerwy wymieniano moje nazwisko. To ciekawe, ale chyba częściej zapowiadano je jako Cars niż jako Koochy. Wspominali starego Gary Numana. Również Armand Van Helden miło się o mnie wyrażał.

    Latasz jeszcze samolotem, jak kiedyś?

    Zafascynowały mnie stare samoloty, z okresu II wojny światowej. Kupiłem sobie taki i bawiłem się w pilotowanie, ale nie wykonuję już żadnych akrobacji ani nic podobnego. Odkąd paru znajomych straciło życie w wypadkach, moja żona nie chce, żebym się narażał. Wcześniej sama bardzo lubiła latanie. Nie chcę, żeby się o mnie zamartwiała każdego weekendu. Ale to była najważniejsza rzecz dla mnie - poza muzyką. Teraz mam największą szansę zaistnienia z powrotem na rynku muzycznym - największą od 20 lat, więc 7 dni w tygodniu pracuję nad muzyką. Głupio byłoby tę szansę zmarnować.

    Tekst ukazał się w numerze "Machiny" ze stycznia 2001 roku.